Nie znęcać się

Ja bym się nad tym badaniem nie pastwił.

Nie jest to mistrzostwo świata – w skali EBM to pewnie jakieś 2/4 punkty. Jednak jak na badania żywieniowe jest to kawał solidnej roboty.

7000 badanych i 4 lata obserwacji – to jest bardzo nie źle.

kwestionariusz żywieniowy czy dzienniczki spożycia to są standardowe metody. Lepszej nikt nie wymyślił.

Pomyślmy jak miałoby wyglądać randomizowane badanie. Przydzielamy pacjentów do dwóch grup: 1 jabłuszko dziennie i 2 jabłuszka dziennie. Kto ich przypilnuje, że te jabłuszka będą wtryniać? Spożywanie jabłuszek zmieni spożycie innych artykułów spożywczych.

A skąd te jabłuszka? Możemy je wystandaryzować – wszystkie z jednego sadu. Dźiniu, jakież to będą koszty logistyki!

Możemy też monitorować w nich to stężenie polifenoli, jeśli uwiera Ci, że korzystano z tablic.

Możemy też okresowo monitorować polifenole we krwi ludzi włączonych do badania.

Wszystko można. Tylko jeśli weźmiemy pod uwagę, że nie o same jabłuszka chodzi, ale również o inne owoce czy artykuły spożywcze to…

budżet na poziome 60 mln USD może nie wystarczyć. Prostsze badania kliniczne pod względem logistyki dobijały do 120 mln USD, więc taką kwotę należaloby brać pod uwagę.

Mnie najbardziej w tego tupu badaniach uwiera, że wykazane korelacje nie koniecznie muszą być powiązane związkiem przyczynowo – skutkowym. Osoby spożywające więcej tych związków mogą być bardziej świadome i prowadzić zdrowszy tryb życia, cokolwiek miałoby to znaczyć. Polifenole wcale nie muszą być tymi dobroczynnymi sprawcami, lecz tylko biernymi świadkami.

Autorzy są świadomi niedoskonałości.

Clinical trials are needed to confirm this effect and establish accurate dietary recommendations.

No właśnie. Randomizowane zaślepione z placebo i polifenolami w kapsułkach.

Nie, to badanie to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Gdyby dotyczyło metod terapeutycznych, to pewnie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Jednak jak na warunki badań żywieniowych – jest nie źle, bardzo nie źle.